Inspiracja – Postawa i uśmiech zwariowanego pawiana z osmolonym dziobem

Zapraszam do inspirującej historii z książki dr Mirsakarama Norbekova „Osioł w okularach”

pawiany

Oto ona: Pewnego razu mój kolega, wskazując na jakiegoś pacjenta, powiedział: „Ten człowiek jest zdrowy”. Nie uwierzyłem mu, ponieważ dobrze go znałem. Mówił o byłym ministrze, który już od wielu lat cierpiał na przewlekłą formę choroby Parkinsona. Czy wiesz, że jest to porażenie mózgowe? Jeden z symptomów tej choroby przejawia się jako całkowity brak mimiki – twarz staje się jak maska.

Badając go zgodnie z pełną procedurą, doszedłem do wniosku, że jest on rzeczywiście zdrowy. Zapytałem więc: „Gdzie i jak się leczył?”. Opowiedział mi wtedy o jakiejś Świątyni, ale uczciwie mówiąc, potraktowałem to wówczas jako coś bez szczególnego znaczenia. Chociaż wszystko zapisałem, to po jakimś czasie całkowicie o tym zapomniałem.

Następnego roku, w ramach badań profilaktycznych stwierdziłem, że przyłączyło się do niego czterech poważanych staruszków. Od wielu lat cierpieli oni na nieuleczalne choroby, a teraz byli „jak ogóreczki”. Okazało się, że minister-emeryt wysłał ich tam, gdzie sam się leczył.

Teraz ja byłem poważnie zakłopotany. To wszystko nie mieściło się w ramach mojego światopoglądu, który kształtował się przez lata praktyki. Tym razem wypytałem szczegółowo o wszystko i dokładnie zapisałem.

Otóż okazało się, że w górach jest Świątynia Czcicieli Ognia, do której na czterdzieści dni przyjmowano grupę ludzi pragnących się leczyć. Ma to miejsce głównie latem, ponieważ zimą nie można tam dotrzeć. Podjąłem decyzję odwiedzenia tego przybytku i zobaczenia na własne oczy tych cudownych ozdrowień. Umówiłem się z moimi przyjaciółmi: reżyserem i teleoperatorem, że pojedziemy tam razem. Pracowali oni dla republikańskiej telewizji i tworzyli program „Świat wokół nas”.

Dotarliśmy na miejsce spotkania w umówionym dniu, przed nocą. Nasz samochód już odjechał, więc obiecano nam transport na dalszą podróż. Wkrótce okazało się, że transportem tym są osły, a do Świątyni prowadzi górska ścieżka o długości 26 km, którą trzeba przebyć pieszo lub na osłach. Niestety, ponieważ przyjechaliśmy najpóźniej, więc dla nas trzech pozostały dwa osły.

Zacząłem motywować moich kompanów mówiąc: „Czy kiedykolwiek chodziliście po górach? Więc spróbujmy”. Operator był raczej ociężałym mężczyzną, ważył około 130 kg, miał pięć podbródków i ogromny brzuch, ale pomimo tego okazał się człowiekiem całkiem żwawym, do tego z nutą romantyzmu. Tak więc większością głosów pomyślnie pokonaliśmy pierwszą „przeszkodę” – załadowaliśmy na osły cały sprzęt i poszliśmy. Ja pierwszy zacząłem popłakiwać, ponieważ miałem miejskie pantofle, które zdarły się bardzo szybko. Zaczęły boleć mnie nogi ale pomimo to szedłem i myślałem: „Jeżeli taką chorobę wyleczę, to zapiszę każdą receptę i w mieście będę wielkim lekarzem”.

Potem, przeszedłszy dziesięć kilometrów, operator usiadł pośrodku drogi i powiedział:

– Dosyć! Nawet gdy mnie zabijecie, idę z powrotem. Zaczęliśmy więc go uspokajać:

– Jaka jest różnica, gdzie pójdziesz? Jeśli zawrócisz, to masz przed sobą 10 km, a jeśli pójdziesz naprzód, to tyle samo. Więc lepiej już iść naprzód! Namówiliśmy go.

Na miejsce dotarliśmy koło północy. Ulokowano nas i urządzono. Następnego dnia obudziliśmy się o godzinie 11. Zebrano wszystkich i powiedziano:

–              Prosimy, żebyście w naszej Świątyni nie grzeszyli, kto nie spełni prośby, będzie pomagał nam w gospodarstwie nosząc wodę.

Okazało się, że w tej Świątyni grzechem jest już pochmurny nastrój. Właśnie zwróciłem uwagę na mnichów chodzą z takim lekkim uśmieszkiem i są całkowicie wyprostowani, jak cyprysy, a mówiąc dokładniej, jakby połknęli kij. Tak więc chodząc po Świątyni powinniśmy cały czas się uśmiechać. Wysłuchaliśmy wszystkiego, trochę pouśmiechaliśmy się, ale po dwóch minutach przeważyło stare przyzwyczajenie chodzenia z miejską fizjonomią, czyli z wiecznie kwaśną i niezadowoloną miną.

W ogóle to oczekiwałem, że zobaczę pozłacane kopuły i tym podobne, a znalazłem tam takie małe, schludne domki i tyle. Prawdą jest, że u nich stale pali się ogień, który czczą podobnie jak i Słońce. Ale zupełnie nie przypomina to Świątyni.

Zdarzyło się kiedyś, że mnisi znaleźli takie miejsce gdzie spod ziemi wypływa naturalny gaz, więc tu, na szczycie skały założyli swoją Świątynię. Zacząłem wypytywać:

–              Kiedy zaczniecie przyjmować chorych, stawiać diagnozy? Kiedy zaczniecie leczyć?

Mnisi kompletnie nami i naszymi chorobami się nie zajmowali. Mało tego, okazało się, że nie możemy wyjechać ze świątyni, w której nikt nigdy nikogo nie leczył i leczyć : zamierza! Do tego trzeba jeszcze chodzić z głupawym śmiechem na twarzy, kiedy we wnętrzu wszystko bulgocze ze złości i niezadowolenia!

Widzę, że operator patrzy na mnie jakoś zaczepnie, by coś zamierzał, natomiast reżyser z ironią rzuca:

–              Dokąd nas przyprowadziłeś, ty nieszczęsny mądralo? ja sam, to co?!

Dopiero potem zaczęło się coś dziać. Człowiek piętnaście, może trzydzieści razy szedł po wodę. Mnie też się oberwało, ponieważ… tak ogólnie, sami rozumiecie! Musiałem więc „pomagać w gospodarstwie”, betonowa skała miała sześćset metrów wysokości, natomiast serpentyną droga miała 4 km tam i 4 km z powrotem. To po takiej drodze wspinaliśmy się tu zeszłej nocy?! Gdy to zobaczyłem, o mało nie fiknąłem!

Koniecznie trzeba było ze sobą nieść szesnaście litrów wody, a do tego sam dzban ważył pięć kilogramów. Ogólnie rzecz biorąc musieliśmy dźwigać do góry tą drogą 21 kg. W takich warunkach najwygodniej nieść ładunek na głowie. Właśnie wtedy poznałem prawdziwe przeznaczenie kręgosłupa, tzn. kręgosłup jest potrzebny, żeby głowa nie spadła w majtki!

dzbany

Wyruszyłem po raz pierwszy i powróciłem do Świątyni około godziny czwartej-piątej wieczorem, bardzo zmęczony, ale z uśmiechem na twarzy na wszelki wypadek. Wtem podchodzi do mnie jeden z mnichów i życzliwie mówi:

–              Proszę zejść jeszcze raz.

–              Dlaczego?! Przecież już schodziłem!!! — i czuję, że z przerażenia zaczynają się u mnie bóle porodowe, pomimo tego, że jestem mężczyzną!

–              Kiedy wspinałeś się, to przyniosłeś ze sobą grzech.

–              Nie, uśmiechałem się! – z rozpaczy zacząłem się sprzeczać. Wyobraź sobie proszę, że właśnie przeszedłeś 8 km, a poprzedniego dnia – 26 km, bez kolacji, bez śniadania, bez obiadu. Nogi są potłuczone, opuchnięte, jęczą ze zmęczenia, a tu ci mówią „jeszcze raz”! Można zdechnąć!!!

–              Idę, ale jeszcze wam pokażę.

W jednym z okien zobaczyłem obserwatora z lornetą i zrozumiałem, że spory są bezsensowne. Wszystkich, którzy wspinali się z ładunkiem, miał jak na dłoni. Musieliśmy więc iść z powrotem. Szedłem na dół, przypominając sobie czasem swoją głupotę i gwałtownie krzycząc: „A-a-a…!!!” Trafiłem chyba do jakiegoś miejsca, gdzie siedzą idioci i pastwią się nade mną!!!

Teraz uśmiechałem się bestialskim uśmiechem i każdemu idącemu z naprzeciwka mówiłem: „Uśmiechaj się  kretynie, oni patrzą z góry przez teleskop!

Tu okazało się dlaczego, kiedy zapytałem swoich pacjentów, czym i jak ich leczono, oni z uśmiechem unikali odpowiedzi mówiąc: „Zrozum, to trudno wyjaśnić”. Przed bramą złapałem się na tym, że jest już ciemno, ale uśmiecham się nadal. No i dobrze, bo może mają jeszcze przyrząd do widzenia w nocy?!

Głodny i wyczerpany, ledwie dowlokłem się do swojej pustelni i ledwie z ulgą westchnąłem, zdejmując z twarzy idiotyczny uśmiech (twarz też się zmęczyła!), kiedy nagle, za plecami poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Serce mi zamarło. Znów rozdziawiłem gębę po same uszy, gwałtownie obróciłem się i zobaczyłem… kogo, jak myślisz? – Siebie!

Okazało się, że na ścianie wisiało lustro. Zobaczyłem w nim twarz zmizerniałą, zakurzoną, ze śladami strużek potu i nienaturalnie szerokim uśmiechem. Otóż wtedy ogarnęła mnie histeria. Śmiałem się niepohamowanie i głośno. Policzki opadły, brzuch bolał, a ja w żaden sposób nie mogłem się uspokoić. Śmiałem się nad absurdalnością sytuacji, którą sam sobie stworzyłem.

Ten zgiełk sprawił, że przybiegli moi przyjaciele – operator z reżyserem, którzy również zaczęli rechotać, a potem, wyśmiawszy się do woli, jakoś dziwnie zaczęli na mnie spoglądać…

Z każdym dniem ludzi noszących wodę było coraz mniej i mniej. Po tygodniu nikt nie pozostał. Potem zebrano nas i powiedziano:

–              Dziękujemy, że przynosicie światło do naszej Świątyni. Jeśli jest wam potrzebna woda, to możecie ją sobie wziąć. Tu, na terenie Świątyni otworzono furtkę i wskazano na kamienny domek. Część gościnna była oddzielona ścianą od części mnisiej. Okazało się, że wewnątrz tego domku jest zdrój. Zbudowano go, żeby zimą nie zamarzał. Natomiast dzban z wodą był specjalnie wymyślonym sposobem doprowadzenia prostej prawdy do głowy przez nogi.

Okazało się też, że każdy, kto przychodził do tej Świątyni, uważał się za mądrego, każdy miał swoje ambicje. Aby wybić z nas wszelkie naleciałości, służebnicy Świątyni wymyślili taki sposób „leczenia” pychy.

Ja również przyszedłem tam ze swoim statutem – oczytany, napakowany wiedzą i pewnymi zdolnościami, których nie mają inni. Oni to przygłupy, a ja jestem taki mądry! Jedynie tydzień zajęło „wytrzepanie” ze mnie całego tego szaleństwa. W ciągu jednego tygodnia zrobiono ze mnie człowieka!

Tam spotkałem się z samym sobą. Znów zaczęły mnie interesować kwiatki, żuczki, mrówki. Na czworaka pełzałem i obserwowałem jak one chodzą przebierając nóżkami. Wydawało mi się, że nagle poczułem się dzieckiem. Patrzę, a z innymi dzieją się te same rzeczy. Zapomnieliśmy o wszystkich swoich rangach, a najbardziej interesujące jest to, jak zauważyłem, iż kiedy wszyscy się uśmiechają, to miejska mimika, niegdyś dla nas normalna, teraz zaczynała być odczuwana jako „zboczenie”.

Czy widziałeś kiedykolwiek, żeby dorośli ludzie bawili się dziecięcymi grami? Śmiesznie, nieprawdaż? A myśmy grali i był to dla nas stan całkowicie naturalny.

Potem zacząłem zwracać uwagę na to, co mówią ludzie: „Ulżyło ci, zrobiło ci się lepiej”. Wiązałem to z pogodą, przyrodą… z górami itp! Lecz potem doszedłem do wniosku, że cała tajemnica jest związana z mimiką i postawą.

Czterdziestego dnia pobytu poszedłem do przeora Świątyni i powiedziałem: „Chcę tu zostać”.

—           Synku, jesteś młody. Nie myśl, że jesteśmy tutaj dla dobrego życia. Mnisi, którzy się tu znajdują są słabymi ludźmi. Oni nie są w stanie pozostawać czyści pośród brudu. Synku, oni nie są przystosowywani do życia, są zmuszeni uciekać przed trudnościami. Istniejemy po to, żebyście mogli wziąć światło i ponieść je dalej w swojej duszy. Jesteście ludźmi silnymi, jesteście odporni.

Zacząłem coś mówić, a potem, w końcu powiedziałem: „Ale zapewne jestem jedynym z grupy, który przyszedł do Ciebie”.

-Mylisz się, jesteś jednym z ostatnich.

Okazało się, że prawie wszyscy z naszej grupy zdążyli już przedstawić przeorowi swoją prośbę o pozostanie. Rozumiesz to?

Po upływie czterdziestu dni opuściliśmy Świątynię. W drodze powrotnej spotkaliśmy grupę ludzi pragnących uzdrowienia, podobnie jak my czterdzieści dni wcześniej. Jołki połki! No i te gęby! To była wataha ludożerców, która się na nas rzuciła:

—           Pomogło? Na co chorowałeś? Co dają? Czy wszystkim pomaga? Odpowiedziałem:

—           Każdy otrzyma wedle zasług!

Patrzę to na nas — to na nich, to na nas – to na nich. My wszyscy się uśmiechamy…

Nagle poczułem, że odsuwam się. Oni też jakoś oddalają się od nas jak od trędowatych. Obok mnie, opierając się na ramionach swoich synów, stał osiemdziesięcioletni staruszek. Powiedział: „Czyżbyśmy byli tacy sami?!”

Kiedy przyjechałem do miasta, zobaczyłem tłum bezdusznych, obojętnych, absolutnie neutralnych ludzi, którzy wiecznie dokądś się śpieszą, sami nie wiedzą dokąd i po co. Było mi bardzo ciężko znów przyzwyczajać się do miejskiego sposobu życia.

Zmieniło się we mnie coś raz na zawsze. Nagle poczułem się jak w teatrze absurdu, a życie upływające w mieście wydało mi się puste i nikczemne. Niemożliwe stało się patrzenie na te twarze. Gdybyś wiedział, jaki czułem dyskomfort! A przecież jeszcze nie tak dawno byłem taki sam jak oni.

Potem, kiedy poszedłem do pracy, chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście cała istota uzdrowienia leży w uśmiechu i postawie? A może rzecz leży w pogodzie, klimacie lub jakichkolwiek innych warunkach zewnętrznych?!

Zajęcia zorganizowałem w sali gimnastycznej polikliniki. Zaprosiłem pacjentów-wolontariuszy spośród tych, którzy znajdowali się w naszej ewidencji, objaśniłem im zadanie i rozpoczęliśmy treningi. Zajmowało to godzinę, może dwie dziennie. Po prostu chodzili oni po sali gimnastycznej z uśmiechem, zachowując wyprostowaną postawę. A czy wiesz jak jest ciężko utrzymywać cały czas ten uśmieszek?! Nie wierzysz?!

Spróbuj uśmiechać się na ulicy i utrzymać wyprostowaną postawę, a natychmiast poczujesz na sobie ciśnienie otaczającego świata! Będzie Ci bardzo ciężko, zwłaszcza na początku! Idziesz, idziesz, aż tu nagle, niepostrzeżenie łapiesz się na tym, że znów jesteś skręcony, jak służbowa kiełbaska. Po 15-tu minutach, w odbiciu jakiejś witryny nagle dostrzegasz, że patrzy na Ciebie jakaś gęba!

Czeka Cię walka! Aby przeciwstawiać się ciśnieniu środowiska dążącego do starcia Cię na proszek i pozostania samym sobą, potrzebny jest dobrowolny przymus!

Przez jakiś czas, na początku zajęć, zaczęły pojawiać się różne, interesujące problemy. Jeden z naszych entuzjastów mówi:

–              Zgubiłem okulary. W swoim czasie przywiozłem je z Francji. Tyle lat je nosiłem, a teraz gdzieś je zostawiłem.

Dlaczego je zgubił? Ponieważ ich przydatność zaczęła zanikać. Drugiemu jelito zaczęło pracować. Trzeci zaczął słyszeć, a jego problemy ze słuchem ciągnęły się od dzieciństwa. Poprawę odnotowałem u wszystkich.

Otrzymane rezultaty spowodowały, że zaczęły mi się „jeżyć włosy na głowie”. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie przez tyle lat chorują, a potem zdrowieją z powodu jakiejś idiotycznej postawy i uśmiechu.

Zacząłem wtedy studiować to zjawisko w warunkach laboratoryjnych i zastanawiać się, jakie zmiany zachodzą w organizmie. W ten sposób jeden przypadek stał się fundamentalnym odkryciem naukowym.

Cóż się natomiast stało z operatorem i reżyserem? Otóż operator schudł, a jego waga utrzymuje się dotąd na poziomie mniej więcej 85kg. Wyleczył się też ze swoich bolączek. Ale z nas trzech największy sukces odniósł jednak reżyser. Kilka lat temu rozwiódł się z żoną, ponieważ codziennie nie wylewał za kołnierz, ale porzucił picie i  wrócił do żony na dobre, a parę lat temu wzięli drugi raz ślub.

O mnie Pawel Wroński

z wykształcenia ekonomista. Jego fascynacja rozwojem osobistym doprowadziła do tego, że uzyskał Certyfikat Coacha Biznesu oraz Międzynarodowy Certyfikat ACC w International Coach Federation. Nigdy nie osiada na laurach więc obecnie zgłębia tajniki języków programistycznych. Jest osobą bardzo kreatywną, upartą, „zadaniową” – nie spocznie dopóki nie ukończy rozpoczętego projektu.